Witajcie herosi tutaj Wika,dość szybko skończyłam 3 rozdział (mój drugi). Mam nadzieje,że nie będzie zły i wam się spodoba.Nie jest jakiś super długi,ale mnie on zadowala.
Zachęcam do komentowania :)
------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Percy
Obudziłem się jak zwykle nie wyspany,te obozowe łóżka są strasznie nie wygodne,powinni coś z tym zrobić,na czymś takim nie da się spać!I my tacy niewyspani mamy trenować i walczyć,co to to nie,ja już sobie porozmawiam z Chejronem na ten temat,ale najpierw śniadanie,tak śniadanie jestem okropnie głodny.
Zacząłem się ubierać,założyłem obozową koszulę i jakieś granatowe lekko przetarte dżinsy.
Spojrzałem na zegarek:
-Co?! Już ósma! Spóźnię się na śniadanie (dla tych co nie wiedzą jest ono o 8)
Wbiegłem do łazienki i szybko ułożyłem włosy,spojrzałem w lustro 'Przystojniak ze mnie' po czym wyleciałem z domku z impetem zatrzaskując drzwi.Na szczęście obozowicze dopiero się schodzili,ja wzrokiem szukałem Ann,z którą się umówiłem.
Nagle poczułem sztylet na mojej szyi i ręce,które mnie obezwładniły,tylko mały problem bo ani sztyletu nie było widać,musiałem wyglądać bardzo komicznie i nawet się tym chwile przejąłem,ale po chwili usłysząłem śmiech i to nie byle czyj,tylko śmiech Annabeth.Puściła mnie i zdjęła swoją czapkę.
-Co za miłe powitanie - uśmiechnąłem się do niej
-Gdybym nie była to ja to już byś nie żył - podeszła do mnie i chwyciła mnie za rękę
-A powiedz mi,który potwór zaatakuje mnie,niewidzialny w środku obozu? - zapytałem ją bardzo pewny,że nie ma czegoś takiego
-Hmmm potwór może nie...Ale moja mama owszem - oznajmiła z niewinnym uśmiechem
Osłupiałem,jej matka faktycznie mogła mnie zabić,nawet nie zakradając się do mnie,może nasłać na mnie stado dzikich sów lub równie dobrze pstryknie palcami i zamienię się w popiół.
-Mam nadzieję,że twoja mama ma inne rzeczy na głowie - rozglądałem sie niespokojnie w poszukiwaniu jakiejkolwiek sowy.
Po tym jak stwierdziłem,że żadnej sowy nie ma poszliśmy na śniadanie.Annabeth znów usiadła ze mną przy stole,ale chyba nikt nie miał nic przeciwko,no może oprócz pana D. który na początku kategorycznie odmówił,ale na szczęście Chejron go przekonał.
Śniadanie upłynęło mi bardzo szybko na rozmowie i jedzeniu,ale głównie na jedzeniu.Jadłem niebieskie gofry mmmm pychota mówię wam NIEBO W GĘBIE.
No,ale wracając do rozmowy,Ann opowiedziała mi o swoim śnie
-...No i wtedy się obudziłam - zakończyła biorąc łyk wody
Nim zdążyłem coś powiedzieć odezwał się Chejron:
-Drogie dzieci mamy dziś wyjątkowego gościa - wskazał na nadlatującą sowę
I teraz pomyślałem 'Już po mnie,umrę zaatakowany przez sowę'
Musiała to być Atena,dlaczego nie Hermes czy Ares,nie Ares też nie,skończył bym przebity włócznią.
No,ale w każdym bądź razie niedługo bogini stała przed nami wpatrując się na mnie z pogardą (oczywista oczywistość) i zaraz przechodziła wzrokiem na Ann,patrzyła na nią z podziwem i zadowoleniem.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
0 komentarze:
Prześlij komentarz